wtorek 19 listopada 2019     Elżbieta, Seweryn, Paweł
eGorzowska - internetowy dziennik Gorzowskiej Agencji Dziennikarskiej

szukaj    szukaj szukaj
« powrót
Nieplanowana spowiedź z życia (3)
eGorzowska - 9012_tWWrNFS7lZvIGG6EVkjG.jpg

Część trzecia historii Henryka Szulżyckiego.

Część pierwszą przeczytasz tu: http://www.egorzowska.pl/pokaz,czlowiek,9010,nieplanowana_spowiedz_z_zycia_1,

Część drugą przeczytasz tu:http://www.egorzowska.pl/pokaz,czlowiek,9011,nieplanowana_spowiedz_z_zycia_2,


Jest ranek. Budzimy się. Słychać, gra orkiestra. O dziwo, krakowiaka, mazurki i jakieś inne marsze. Otworzono wagony i pada komenda: "Wychadit i stroitsia wkałonu" - wychodzić i stawać w szeregu w kolumnie. Wymęczeni i osłabieni w dusznych wagonach, ruszaliśmy się niemrawo... Doprowadzono nas do koszar poza miastem... Zabudowania były otoczone wysokim płotem z drutu kolczastego. Byliśmy bardzo spragnieni, toteż widząc na placu pompę, rzucono się do niej i popijano bezpośrednio wodę (...). Ci, co pili, mieli później kłopoty. Chorowali na biegunkę. Rozlokowano nas w tych budynkach po 10 osób w każdym pokoju, tak jak staliśmy, nie rozdzielając na młodszych czy starszych wiekiem. Po przespanej nocy stwierdziłem, że mam świerzb. Takich jak ja było więcej. Smarowano nas śmierdzącą, ale i gryzącą maścią przez tydzień. Po tygodniu (...) wyprowadzono nas do koszar w mieście. Tu dowiedziałem się, że jesteśmy w 361 Zapasowym Pułku Piechoty. Zostałem przydzielony do 8 kompanii strzeleckiej, pluton CKM. Dowódcą był sierżant Mirsaitow. Szef kompanii - nie pamiętam jego nazwiska - starszyzna mówił do mnie "synok". Koszary 8 kompanii znajdowały się po lewej stronie od wejścia od bramy głównej od sztabu. Sale nasze były na parterze. Stały tam w każdym pokoju łóżka piętrowe dla całej drużyny. Zaznaczam przy tym, cały czas byliśmy w swoich mundurach. Przed umieszczeniem nas już w koszarach odbyliśmy kąpiel w łaźni. Po wejściu do "bani" dano każdemu z nas po kawałku mydła i puszczono pod prysznic. Och, jaka to była ulga. Po wyjściu z "bani" pani doktor "wracz" kazała pozbawić nas wszelkiego zarostu. Do dzisiaj przechodzą mnie ciarki, kiedy kapral, trzymając w ręku brzytwę, kazał nam podciągać narządy, raz w prawo, raz w lewo, a on machał brzytwą. Brrr! Po tym zabiegu dostaliśmy zupełnie nowe sowieckie umundurowanie, łącznie z owijaczami i onucami (...). I rozpoczęły się mozolne dni ćwiczeń.

Pobudka o godzinie szóstej. Po skromnym śniadaniu następował wymarsz na plac ćwiczeń... za rzeką Oka.... Po zajęciach taktycznych i wykładach na poligonie wracaliśmy do koszar. Ale jeszcze siedząc na wykładach taktycznych, mimo niedawno zjedzonego śniadania i wypalenia kilku papierosów - dawano nam paczkę machorki na 10 dni - człowiek był głodny. Zresztą, mając 18 lat, to by i konia zjadł z kopytami (...). Lato było w pełni. Obok pole obsadzone kartoflami. Słuchając wykładu, cofaliśmy się do grzędy i wysuwając ręce do tyłu, wygrzebywaliśmy kartofle i chowaliśmy je do kieszeni. W koszarach piekliśmy je w "kaczeharce" - kotłowni, o ile nie podpadliśmy dowódcy drużyny. A mnie to się zdarzyło...


W tym czasie niektórzy koledzy kupowali zza płotu chleb za zegarki lub jakieś inne pamiątki. Były też przypadki samodzielnego przejścia kolegów przez płot. Obok płotu były ogródki, na których rosły różne przysmaki: zielone, jeszcze niedojrzałe pomidory, marchew, buraczki, itp. Po zjedzeniu tych płodów, dostawało się biegunki, ale głodnym to nie przeszkadzało. Ja nie jadłem tych zielonych roślin. Wiedziałem, że mam czuły żołądek. Jednego z naszego plutonu złapano (...). Za karę musiał czyścić WC i sprzątać na parterze cały korytarz. Ale on był z tego zadowolony. Został w koszarach i nie brano go na ćwiczenia...

Obiad składał się z zupy, jednej chochli około litra. Była zupełnie rzadka. Na drugie danie jedna łyżka kartofli lub makaronu. Chleb był dawany na śniadanie - 600 gramów na cały dzień. Co to było po tym obiadku? Byłem jeszcze bardziej głodny niż przed (...). Zapamiętałem też, że przy podziale chleba dla dziesięciu osób były nieraz sprzeczki między poszczególnymi "bojcami" z uwagi na to, że jeden dostał pajdę cieńszą, a drugi grubszą. W związku z tym do tego wydziału wyznaczyliśmy z naszego plutonu Jugosłowianina. Nie wiem, jakim sposobem znalazł się w Armii Krajowej. Ale przy podziale chleba już na niego nie narzekano...

Początkowo pozwalano nam śpiewać po polsku. Popularną pieśnią wśród wszystkich kompanii był hymn "Jeszcze Polska nie zginęła" (...). Poza tym śpiewano też marszowe pieśni partyzanckie. Pamiętam, że w czasie tych marszów i śpiewów po polsku, mieszkańcy miasta Kaługi stawali przy drodze, uśmiechali się do nas i machali dłońmi, ale bardziej skrycie. Uważam, że byli to potomkowie Polaków zamieszkałych tam lub osadzonych z okresów carskich...
Pod koniec sierpnia lub na początku września, gdy chodziły słuchy, że nie będziemy składać przysięgi w języku rosyjskim dla ZSRR, zabroniono nam śpiewać po polsku.


W Kałudze niemal dwa miesiące jeńcy chodzili na ćwiczenia z koszar za Okę. Byli też poddawani politycznej agitacji. Wszystko po to, by - formalnie jako żołnierze rosyjscy - złożyli przysięgę "Ja sowieckij grażdanin". Odmówili. Na nic zdało się tłumaczenie, że już składali przysięgę w Armii Krajowej, a chcąc złożyć nową, musieliby sprowadzić księdza, by ten ich rozgrzeszył. Nie było na to zgody. W konsekwencji odmowy większość została zesłana do pracy przy wyrębie podmoskiewskich lasów lub na roboty pod Ural. Henryk Szulżycki wrócił do domu. - Wtedy, kiedy mnie wzięli do Kaługi i miałem podać datę urodzenia i adres, podałem wszystko dobrze, tylko zmieniłem rok urodzenia na 1928 - wspomina dziś 92-latek. - Dzięki temu wróciłem, bo koledzy, którzy mieli 1926, 4 czy 5, to wszyscy byli zesłani na roboty pod Ural. To była tragedia. I ja temu zawdzięczam, że wróciłem.

Po latach w Warszawie pan Henryk odnalazł wspomnienia kobiet, które razem z nim były w Kałudze. - One mieszkały w osobnym baraku. Jak ich zwolniono, to jechały przez Moskwę - mówi. - Nas pięciu było i powiedzieliśmy, że mamy to gdzieś. Pytaliśmy o pierwszy lepszy pociąg, dokąd jedzie? "Na zachód". Możemy siadać. W 1944 w październiku czy listopadzie wróciłem z Kaługi. Wtedy Rosjanie przyczepili się, żebym ćwiczył nawet rekrutów. Później przyjęto mnie do zbierania min i granatów, dlatego że w wojsku byłem i już trochę to znałem. I to wszystko zbierałem po całym prawie powiecie Oszmiana.

"Wspomnienie to brzęk łańcucha
Co łączy rozpacz z nadzieją..."

Słyszałem też przypadki, kiedy zostali zabici moi koledzy. Nie jechali oni naszym transportem. Pierwszy przypadek to mój kolega Sturlis. Mam jego zdjęcie z piątej klasy w Sołach. Prawdopodobnie chciał załatwić potrzebę fizjologiczną, wystawił pupę przez okno, by nie smrodzić w wagonie, to Krasnoarmiejec strzelił. Pochowany został prawdopodobnie w Smoleńsku. Gdy wracałem z Kaługi, koledzy pokazywali mi, pod jakim drzewem był pochowany. Takie były czasy, że nie wysiadaliśmy wtedy z wagonów. Drugi przypadek, to też młodszy kolega Żukowski. Chodził do szkoły podstawowej w Węsławieniętach. Mieszkał niedaleko kościoła. W szkole nazywaliśmy go Żuczek. On to właśnie wyskoczył z wagonu przez okno. Ochrona to zauważyła, zatrzymała pociąg i ruszyła na poszukiwanie... Żuczek dobiegł do jakiegoś gospodarstwa, stanął przy studni, pił wodę i mył się. Gdy zobaczył Krasnoarmiejców, rzucił się do ucieczki. Snajper przyklęknął, zmierzył z karabinu i strzelił. Oczywiście chłopak zginął. Tyle tylko wiem o tym. W latach 90. spotkałem się z jego rodziną. Nie wiedzieli, gdzie go pochowano.

Henryk Szulżycki, wspominając swoją żołnierską młodość, podkreśla, że w najtrudniejszych sytuacjach pomagała mu wytrzymałość. Tylko to. Ale trafiał też na dobrych ludzi, którzy służyli po przeciwnej stronie. Dobra była znajomość z mieszkańcami gospodarstwa, w którym zakwaterowano go pod koniec września 1944 r. z kolegą Dembskim pochodzącym z Krewa. Na wykopki do gospodarstwa pułkowego oddalonego około 100 km od Kaługi pojechało około dziesięciu osób z różnych kompanii. Tam Henryk zapoznał się z kołchozowym agronomem, który zaprosił go do siebie, do mieszkania. - Gdy przyszedłem, położył przede mną parę pokrojonych pomidorów i powiedział: "Prasticie, bolsze niczewo nie imiejem" - Przepraszam, więcej niczego nie mamy. Była przy tym jego żona i ktoś z młodszego pokolenia. Rozpoczęliśmy rozmowę - wspomina pan Henryk. Tematem była ojczyzna, Polska. Kołchoźnicy pytali, jak żyło się w Polsce przed wojną, w kapitalizmie, a jak teraz, co Polacy robią u nich i w dodatku w radzieckich mundurach. - Oczywiście, opowiedziałem, jak to się stało. Że walczyliśmy z niemieckim najeźdźcą. Byliśmy partyzantami, ale władza radziecka naszych działań nie uznała. Nie mówiłem tego w formie nienawiści czy poniżającej Związek Radziecki. Mówiłem, że moglibyśmy się porozumieć jak Słowianie, jak naród z narodem. Odpowiedzi oczywiście nie było. Na koniec naszej rozmowy zadano mi pytanie: "Czto takoje u was było sobstwienność" - Co to znaczy własność. Wyjaśniłem, że mieliśmy 12-hektarowe gospodarstwo rolne. Zapłaciliśmy podatek w wysokości 60 złotych, odpracowaliśmy trzy dni "szarwarku" - praca z koniem - na rzecz gminy. I to było nasze zobowiązanie na rzecz państwa. Zebrane zboże z pola, żyto, pszenica, jęczmień, owies, kartofle i inne płody były nasze. Nadmiar - sprzedawaliśmy, część była przeznaczona na siew na drugi rok, a pozostałe zboże - na nasze życie. Karmiono też tym zbożem trzodę chlewną. Zboże na chleb woziliśmy do młyna wodnego, oddalonego od nas ok. 3 km. Chowaliśmy też zwierzęta: konie - 3 szt., krowy - 4 szt., owce - 6 szt., świnie - 4 szt. Mieliśmy łąkę ok. 5 ha. Także siana było w bród. Wszystko to wystarczało nam dla trzody i dla nas 5 osób na cały rok i dłużej (...). Na zakończenie naszej rozmowy pokazałem tej rodzinie swoją książeczkę do nabożeństwa i różaniec. Ich zdziwienie było ogromne, szczególnie kobiet. Żona agronoma wielkim głosem powiedziała: "Hospadzi, a czto nasz sołdat pokażet na zapadzie? - Boże, a co nasz żołnierz pokaże na zachodzie? Podziękowałem za zaproszenie, a oni mnie za wyjaśnienia na zadane pytania i pożegnaliśmy się. Podobnych spotkań więcej nie było.

Henryk Szulżycki do dziś pamięta i docenia gest jednego oficera z Kaługi, który widząc, że nosi obszarpany długi płaszcz, dał mu nóż do obcięcia wiszących nitek czy tego, który w Miednikach pozwolił mu zabrać różaniec i książeczkę. Przez wszystkie lata modlił się z niej w nadziei na lepszy los.

Podczas jednego dnia wolnego od pracy "wychodnoj dzień", a chyba to była niedziela, siedziałem na miejscu, gdzie były ustawione stoły, oczywiście pod gołym niebem. Była to stołówka. Słońce świeciło, było ciepło. Mając książeczkę do nabożeństwa, którą obroniłem po wyjściu z Miednik Królewskich i różaniec - modliłem się. Zobaczyłem, że obok mnie, za drugim stołem siedzi Krasnoarmiejec i coś tam pisze. Nie był to żołnierz z naszych. Zerknąłem mu przez ramię i zdumiałem się. Pisał list po polsku. Pierwsze słowa na tej kartce brzmiały: "Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus". Nie wytrzymałem i zapytałem, co on tu robi. Był w służbie wartowniczej - widziałem go później, jak stał przy sztandarze półkowym. Okazało się, że był z terenów lwowskich czy też stanisławowskich. Był w moim wieku. Porozmawialiśmy trochę i tak się skończyła nasza znajomość.

W czasie pobytu w gospodarstwie pułkowym, życie polskich partyzantów uległo poprawie. Dryg wojskowy był, ale już nie koszarowy. Po pracy swobodnie poruszali się po wsi. Dwóch dyżurnych przygotowywało śniadanie i obiad, który nie składał się z samych ziemniaków, ale była w nich również "Swinaja tuszonka" - świńska konserwa. - To była już dla nas prawdziwa uczta. Żołądki były zapełnione - mówi pan Henryk i dodaje, że śledzie, które otrzymywali, wymieniali z kołchoźnikami na mleko.

Młodzi byliśmy. Zawarliśmy znajomość z młodymi mieszkankami tego kołchozu. Dziewczynki były bardzo przyjemne i chętnie z nami rozmawiały. W każdym bądź razie nie o polityce. Oczywiście, na to nasze towarzystwo niechętnie patrzyli ich koledzy. Pamiętam, że (...) umówiliśmy się na spotkanie w ich klubie, kołchozowej świetlicy (...). Znaliśmy język rosyjski bardzo dobrze, a szczególnie ja. W 1941 r. miałem ukończoną szóstą klasę w języku rosyjskim. Początkowo śpiewaliśmy na zmianę piosenki, my po polsku, a dziewczynki po rosyjsku (...). Gdy byliśmy mocno rozbawieni, niespodziewanie zjawił się nasz szef kompanii. Stałem blisko drzwi, więc krzyknąłem: "Smirno!" - Baczność! i zameldowałem: "Towariszcz starszyna, my jestesmy w klubie, mamy wolne godziny, więc odpoczywamy". A on zwrócił się do mnie i zapytał: "Wasza familja?", a gdy odpowiedziałem: "Szulżycki", to on tak powiedział: "A ty synok k mamieńki choczesz?" - A ty synku do mamy chcesz? Boże zatkało mnie. Ciarki mi przeszły po całym ciele. A gdy zapytałem, czy jedziemy do domu, czy do koszar, odpowiedział: "Zawtra uznajesz" - jutro się dowiesz.
Panie Boże, jak to spaliśmy w tę noc, trudno powiedzieć. Rozmawiałem ze swoim kolegą z Krewa - Dembskim. Była to ostatnia noc na wykopkach kartofli w "podsobnym choziajstwie".


Radość była ogromna, ale jeńcy wciąż nie wierzyli, że wypuszczą ich do "mamieńki". W drodze do Kaługi rozmawiali, co z nimi będzie. Gdy przekroczyli bramę koszar, znajomi i nieznajomi ściskali ich i prosili, żeby po powrocie pozdrowić ich rodziny. To był znak, że zapowiedź o powrocie to prawda. 18-latek z maleńkiej wsi Nieścienięta oraz kilkudziesięciu jego kolegów otrzymało na drogę suchy prowiant: chleb, tuszonkę, rybę wędzoną, kaszę. Mieli jechać z "prowadnikom" i oficerem przez Moskwę. Ponieważ nie wszyscy pochodzili z tych samych rejonów, potworzyli kilkuosobowe grupy. Henrykowi towarzyszyli: kolega z wsi Waldemar Wołkowicz, sąsiad z Dordziszek Zygmunt Usarewicz, Dembski z Krewa i Strecki - ze wsi Żeligowo - dawniej Sikunie. Mieli plan, jechać na Wilno. Trzy dni i trzy noce towarowym transportem jechali z Kaługi przez Wiaźmę, Smoleńsk, Orszę, Borysław i Mińsk, a następnie: Mołodeczno, Smorgonie i Soły. Stamtąd mogliby pieszo dotrzeć do domu, ale dowiedzieli się, że jedzie tamtędy pociąg towarowy do Wilna i choć nie zatrzymuje się na żadnej stacji między Smorgoniami a Wilnem, poprosili maszynistę, by na stacji Soły trochę przyhamował. Udało się. Ostatnią noc spędzili w kolejowej poczekalni. Ponieważ stał tam przenośny piecyk, połamali sztachety z płotu obok stacji, rozpalili, ogrzali się i zasnęli na ławkach. Rano wyruszyli do domu. Po przejściu Traktu Batorego minęli zaścianek Pokoszewo i weszli do wsi Żeligowo. Tam odłączył się kolega Strecki. Za ok. 300 m na skrzyżowaniu - Zygmunt Usarewicz. Heniek Szulżycki z Waldkiem Wołkowiczem przeszli mostek na Małej Rzece, która wpadała do Sikunki i już byli na terenie swojej wsi Nieścienięta.

Waldek poszedł prosto w stronę widniejącej wieży kościoła, gdzie obok był jego dom. Ja poszedłem w prawo do swojej wsi. Na skrzyżowaniu przywitał mnie krzyż. Pamiętam go od urodzenia. Najpierw był bardzo wysoki, a później co parę lat go obniżano. Chyba nie był z dębu, więc część zakopana gniła. Idąc dalej, mijałem domy: pierwszy "Kowalów" - Konstanty Szulżycki, drugi "Muzyka" - Michał Szulżycki (...). Moje miejsce urodzenia było puste. Z zabudowań nic nie zostało, jedynie sad i po drugiej stronie grube klony. Z tych klonów na każdą wiosnę był sok do picia. Wiercono otwór, wbijano kołek, zawieszano naczynie i sok wpadał, kapał do naczynia. Był bardzo smaczny i słodki.
Gdy dochodziłem już do domu Stasi i Frani Wołkowicz, zobaczyłem OJCA mego. Zwałem go PAPĄ. Nie wierzyłem własnym oczom. Szedł w przeciwną stronę. Ja Go poznałem. On z uwagi, że byłem w mundurze krasnoarmiejca, nie poznał mnie. Miałem na sobie długi płaszcz, furażerkę, tyle że bez gwiazdy. Gdy mnie minął, zawołałem: "PAPA". Odwrócił się i zawołał: "To ty, Heniek?" Oczywiście, uściskaliśmy sie i ruszyliśmy przez wieś do naszego domu. Gdy tam przybyliśmy, zostałem serdecznie przywitany. Mama miała łzy w oczach, a babcia, Stach i Mietek cieszyli sie jak nigdy. Była tam jeszcze, tzn. mieszkała u nas kuzynka Rozalia Zubowicz oraz Józef Nawrocki z dwójką dzieci: Jurkiem i Haliną. Oni przyjechali do nas z Wilna w 1943 r. Po przywitaniu pokazałem zaświadczenie wydane przez Sztab 361 Zapasowego Pułku Piechoty. Była to "Sprawka" wydana 23.09.1944 r. Nr 7/2309. Zapisano jako rocznik 1928. Zwolniony na podstawie rozkazu. Podpis - Naczelnik Sztabu - kapitan Surow.

Cdn.

Tekst i foto Hanna Kaup


22 grudnia 2018 18:17, admin ego
« powrót
Dodaj komentarz:

Twoje imię:
 
Nie będzie deptaka w rejonie Hawelańskiej, ale...
Gorzów zasługuje na to, aby mieć prawdziwe centrum - to główna idea projektu "Centrum Gorzowa od-nowa". W piątek (15 listopada) ... <czytaj dalej>
Komunikat w sprawie Afrykańskiego Pomoru Świń
W województwie lubuskim, w pobliżu Wschowy, zdiagnozowano odosobniony przypadek wystąpienia Afrykańskiego Pomoru Świń. Najbliższy przypadek wykryty u dzika w skali ... <czytaj dalej>
Przebudowa ulicy Szczecińskiej
W czwartek (14 listopada) planowane jest rozpoczęcie prac na ulicy Szczecińskiej, na odcinku o długości około 350 m - od ... <czytaj dalej>
Robert nie umiera, ale...
Publikujemy apel o pomoc w leczeniu Roberta Pawlaczyka. Kochani znajomi i nie znajomi!!! Wiem, jest bardzo dużo osób, które potrzebują pomocy... Kiedy ... <czytaj dalej>
Przeglądaj cały katalog lub dodaj swoją firmę
"Dino" Solarium

ul. Dunikowskiego 5, Gorzów Wlkp.
tel. 95 722 15 45
branża: Solaria <czytaj dalej>
Sterna Bogna Psycholog

ul. Baczyńskiego 24, Gorzów Wlkp.
tel. 606 708 649
branża: Lekarze - psychiatrzy, psycholodzy, psychoterapeuci <czytaj dalej>

Radosław Wróblewski wyróżniony
Na ostatniej sesji Sejmiku Województwa Lubuskiego Odznaką Za Zasługi dla ... <czytaj dalej>
Nie będzie deptaka w rejonie Hawelańskiej, ale...
Gorzów zasługuje na to, aby mieć prawdziwe centrum - to ... <czytaj dalej>
Rozegraj lubuskie. Grę stworzyli gorzowianie
Możesz zostać radnym województwa i podejmować decyzje, które wpłyną na ... <czytaj dalej>
Poświęcić wszystko, by ratować...
Wśród premier nowego tygodnia znajdziecie polski film "1800 gramów". To ... <czytaj dalej>
Kalendarium eventów
« listopad 2019 »
P W Ś C P S N
    
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
11
12
13
14
15
16
17
18
19
20
21
22
23
24
25
26
27
28
29
30
 
dodaj: imprezy@egorzowska.pl
Mała wielka sprawa
eGorzowska - adminfoto_hanna.jpg
Hanna Kaup:
By rozbrzmiewały oklaski... - refleksje po XXXVI Gorzowskich Spotkaniach Teatralnych
Zakończyły się XXXVI Gorzowskie Spotkania Teatralne. Od 10 do 16 listopada obejrzeliśmy siedem spektakli. Było różnorodnie, z publicznością, która wypełniła widownię po brzegi. No, może poza jednym. Może nawet najlepszym. Listopadowe ... <czytaj dalej>
Przedszkolaki nauczą mycia rąk
Przedszkolaki mogą wziąć udział w konkursie plastycznym z okazji Światowego <czytaj dalej>
Podróże moich marzeń - konkurs
„Sztuka Osób Niepełnosprawnych” to jeden z największych w Polsce przeglądów <czytaj dalej>

aktualnie nie ma żadnej czynnej sondy
Robisz zdjęcia? Przyślij je do nas foto@egorzowska.pl
eGorzowska - aaa.jpg
Hanna Kaup:
Pomaganie ma sens
Z Fundacją Arka Bydgoszcz jestem związana od 15 lat. W ... <czytaj dalej>
Hanna Kaup:
Radosny sezon grzybowy
Choć wielu prorokowało, że z powodu suchego lata w lasach ... <czytaj dalej>
admin ego radzi:
Opieka nad osobą po udarze mózgu to także troska o siebie
Kiedy bliską osobę dotknie choroba neurologiczna, szereg obowiązków i trudności ... <czytaj dalej>
admin ego radzi:
Tajemnice lotów transferowych
Linie lotnicze zazwyczaj nie oferują bezpośrednich lotów do odległych zakątków ... <czytaj dalej>
Blogujesz? Rób to lokalnie!
Wystarczy jedno kliknięcie w egoBlog
Masz problem?
Napisz do eksperta egoEkspert
Żadna sprawa nie zostanie bez odzewu. Daj znać na eGo Forum
Anonim_9872:
kluwak to wlasciciel portalu gorzowianinm dziennikarz tvnu. <czytaj dalej>
Anonim_7232:
Prezydent na posła. Taka będzie wizja nowej telewizji. Nie po to Ktoś przejął telewizję we współpracy z byłym doradcą. Pan Adam ma większe <czytaj dalej>
Andrzej Trzaskowski:
Czyli co? Miejska tuba propagandowa? <czytaj dalej>
Anonim_1519:
Brawo Muzeum! <czytaj dalej>
Anonim_7897:
Inicjatywa, oczyścić samorządy z po. <czytaj dalej>
 
eGorzowska.pl - e-gazeta Gorzowskiej Agencji Dziennikarskiej