wtorek 12 listopada 2019     Renata, Witold, Konrad
eGorzowska - internetowy dziennik Gorzowskiej Agencji Dziennikarskiej

szukaj    szukaj szukaj
« powrót
Nieplanowana spowiedź z życia (2)
eGorzowska - 9011_slgmxSOy773XugGUajtF.jpg

Ciąg dalszy historii życia Henryka Szulżyckiego.

Część pierwszą przeczytacie tu:http://www.egorzowska.pl/pokaz,czlowiek,9010,nieplanowana_spowiedz_z_zycia_1,

Zgrupowani pod murami Jagiellońskimi polscy partyzanci nocowali pod gołym niebem. Na szczęście, lipiec 1944 r. był ciepły. Więcej jednak było minusów. Poza brakiem latryn dla tysięcy internowanych, poważne kłopoty sprawiał brak wody.

Na placu wewnątrz murów była studnia, ale woda nie nadawała się do picia. Prawdopodobnie była zatruta przez Niemców. Przy takim upale brak wody spowodował, że organizowano pod nadzorem żołnierzy, dziesięcioosobową drużynę z wiadrami, na wymarsz poza mury po wodę.
Oczywiście, nasze rodziny wiedziały już, że jesteśmy w niewoli, zamknięci w murach Miedników Królewskich. A dowiedzieli się o tym od tych, co nie dali się rozbroić i uciekli z otoczenia. Stąd też przy wejściu do zamku, przy straży żołnierzy Armii Czerwonej byli blisko koledzy. Gdy ktoś z krewnych czy znajomych przyszedł do wartowników i wymienił nazwisko i imię znajdującego się w murach partyzanta, ogłaszano głośno dla wszystkich. Tak też któregoś dnia wołano i mnie. Nie wiedziałem, kto przyszedł. Zabrałem wiadro i wyszedłem z innymi kolegami...


Henryk Szulżycki urodził się 19 lipca 1926 roku we wsi Nieścienięta, gmina Soły, powiat Oszmiana, województwo wileńskie. Z rodziną mieszkał w jednoizbowej drewnianej chałupie pod nr. 39 lub 40. Wewnątrz stał duży piec do pieczenia chleba i gotowania posiłków, a w zimie - do spania. Naprzeciw - łóżko babci, a w narożniku od strony ulicy i podwórka - ławy i stół. Przy wejściu do izby od sieni, po prawej stronie było łóżko rodziców. Henryk i jego młodsi bracia Stach i Mietek spali na pryczy między piecem chlebowym a piecem do ogrzewania. Podłogi nie było, tylko tzw. glinobitka. W narożniku nad stołem i ławami wisiały święte obrazy: Matki Boskiej Ostrobramskiej, Serca Jezusa i Trójcy Świętej.
Za domem tuż przed sadem był chlew i obora dla koni, krów, świń i kur. Dalej stodoła. Po lewej stronie od niej - zrąb nowego budynku mieszkalnego. W sadzie rosły jabłonie, grusze i wiśnie. Po drugiej stornie ulicy, naprzeciw domu był ogródek i łąka aż do strumyka nazywanego Małą Rzeczką. Za nią, do granicy sąsiedniej wsi Rudziszki także rozciągała się łąka.

Rodzinę Szulżyckich nazywano we wsi Sybirakami, bowiem dziadek Antoni po powstaniu styczniowym w 1863 r. został zesłany na Syberię. Babcia Julia pojechała za nim. Mieszkała w Tomsku, Omsku i Nowosybirsku. Dziadek w obozie zachorował na jakąś zaraźliwą chorobę i zmarł. Został pochowany we wspólnym grobie z innymi skazańcami. Babcia z dziećmi wróciła do wsi. Henryk jest jednym z trzech synów Weroniki Szulżyckiej z domu Meczel (córki Jana i Marii, rodowitej mieszkanki wsi Nieścinięta) oraz jej męża Tomasza Szulżyckiego, który przyszedł na świat w 1892 r. w Tobolsku.

Za bramą przywitał mnie ojciec. Oczywiście, zaczęliśmy rozmawiać o rodzinie, co słychać, jak się czują wszyscy, mama, bracia i kuzynka z dziećmi... W końcu ojciec mówi, że ma pół litra i może dać któremuś z wartowników i może mnie wypuszczą... Ja natomiast spytałem, gdzie są moi koledzy, którzy uciekli po rozbrojeniu przez Armię Czerwoną. Odpowiedział mi, że wszyscy skrywają się w naszej stodole, gdzie był dół obłożony sianem. Wtedy powiedziałem, że nie chcę się ukrywać, tu mam też kolegów i będę z nimi aż do zakończenia naszej niewoli. Na tym zakończyła się nasza rozmowa. Nabrałem wody do wiadra i wróciłem do obozu...

"Wspomnienie to nić wysnuta
Ze złotej Księgi Młodości..."

Na Wileńszczyźnie w okresie międzywojennym miała miejsce komasacja gruntów. Ojciec Henryka Tomasz uczestniczył w tych działaniach jako pomocnik geodetów. Dzięki reformie rolnej pobudował dom, spichrz, stodołę, chlewy dla bydła. Był gospodarzem. Mieszkał tak z rodziną do chwili, kiedy w 1939 przyszli Bolszewicy. Gdy Henryk miał pięć lat, zmusił go, żeby nauczył się czytać. Później posłał go do szkoły. Nauka nie sprawiała mu kłopotów, poza zasadami ortografii, ale i z tym sobie poradził. Z wielkim uznaniem wspomina nauczycielkę z czwartej klasy Helenę Łokczewską z Łucka. - To była kobieta do duszy. Potrafiła uczyć nie z tej ziemi - podkreśla. W piątej klasie dyrektorem szkoły był Edward Franczak, ps. Mieczysław. Do dziś Henryk Szulżycki nosi w portfelu zafoliowane zdjęcie z tamtych czasów. Przedstawia jego klasę, a on stoi objęty ręką przez kolegę Sturlisa, który zginął pod Smoleńskiem, gdy wywozili ich z Miednik Królewskich pod Moskwę. Henryk ukończył Publiczną Szkołę Powszechną stopnia III. Do dziś przechowuje świadectwo wydane 22 grudnia 1938 za pierwsze półrocze roku szkolnego 1938/39. Był uczniem zapisanym w klasie Va pod numerem 33.

19 września 1939 r. na Wileńszczyznę wkroczyli Bolszewicy. Szkoła zaczęła działać od października, ale już w języku rosyjskim. I tu Henryk nie miał trudności. Skończył sześć klas, a kiedy po wojnie w 1946 r. dotarł do Tucholi pod Bydgoszcz, w ciągu trzech miesięcy zrobił siódmą klasę. Po osiedleniu się w Nowogródku Pomorskim, w myśliborskim gimnazjum skończył klasę ósmą i dziewiątą. Wtedy powołali go do wojska. Po powrocie i osiedleniu się w Gorzowie ukończył technikum budowlane. Jak twierdzi, miało siedzibę tam, gdzie teraz kościół w byłej Przemysłówce. Zdobył też na zaocznych kursach w Poznaniu uprawnienia inżynierskie. - Jak się pobraliśmy, to mąż albo był w wojsku, albo się uczył. Mój życiorys jest prosty. Ja wychowywałam dzieci - mówi dziś żona Wanda, z domu Mysłowiecka.

Pamiętam jak dzisiaj, 19 września 1939 r., służę do mszy i słyszę, ktoś szumi. Ludzie coś szepcą. Ale nie odwróciłem się. Nagle ktoś krzyknął: "Bolszewicy idą". Rany Boskie... Ksiądz przerwał nabożeństwo, wyszliśmy na ganek i faktycznie widzimy, Rosjanie w tych swoich czapach maszerują, a dwóch oficerów stanęło przy krzyżu, coś pomacali za figurkę, zaśmiali się i poszli. Ja już miałem skończone 5 klas i przeszedłem do 6. W październiku rozpoczęli szkołę, ale już moich nauczycieli nie było.
Kościół pw. Jana Chrzciciela był drewniany, odległy ode mnie jakieś półtora kilometra. Z mojego okienka było widać wieżę. Jednego razu idę - ile lat miałem? cztery, pięć - i taki był u nas bolszewik, sąsiad. Z nim przechodziłem koło kościoła. Do dzisiaj pamiętam, budowali go akurat i ja zdjąłem czapkę przed kościołem. A on nie. I mówię do niego po białorusku: "Dziadźka, a poczemu ty szapki nie zjał?" Wujek, dlaczego ty czapki nie zdjąłeś? A on do mnie mówi: "A ty jak zdjąłeś, co ty pomyślałeś?" I mnie te słowa ciążą do dnia dzisiejszego. Słyszę wciąż: A ty co pomyślałeś? Ja mówię, że myślałem o Bogu, ale on nic na ten temat nie dyskutował.
Co niedzielę naszą parafię w Węsławieniętach obsługiwał ks. Bekisz, proboszcz w Sołach. W 1943 r. dostałem od niego książeczkę do nabożeństwa. Prawdopodobnie ks. Bekisz został zamordowany. Pochowany na cmentarzu między Iwaszkowicami a Sołami. Tam też został pochowany i mój nauczyciel języka polskiego. O ile się nie mylę, był to Frąckiewicz.


19 września 1939 wojska radzieckie zajęły Wilno. 26 października 1939 Sowieci przekazali je Litwinom, lecz 15 czerwca 1940 ponownie je zajęli. 22 czerwca 1941 Niemcy zbombardowali miasto i kilka dni później odbili. Trzy lata później, 7 lipca 1944, skoncentrowana pod miastem polska Armia Krajowa rozpoczęła atak na Wilno. 10 lipca, w Operacji Ostra Brama przeprowadzonej przeciwko Niemcom, zajęła ich bunkier dowodzenia nad rzeką Wilejką. Jak podają źródła historyczne, AK we współdziałaniu z Armią Czerwoną, która weszła do miasta wieczorem 7 lipca, po kilkudniowych walkach ulicznych, 13 lipca wyzwoliła Wilno. Jednak Polacy krótko cieszyli się zwycięstwem, bowiem 17 lipca NKWD aresztowało wszystkich naszych żołnierzy i oficerów, ponownie wydzierając Wilno. Znacznie okrojoną terytorialnie Litwę z Wilnem włączono do Związku Radzieckiego, a po 1944 większość polskich mieszkańców przesiedlono.

"Kaługa, ty Kaługa, czużaja strana..."
Przyszedł kres naszego pobytu w zamku Miedniki Królewskie. Oznajmiono nam, że mamy wychodzić. Przy bramie stał oficer i szeregowy z pepeszą. Kazano wyjąć z kieszeni wszystko, z plecaka też. Ja przed wyjściem do przeglądu zakopałem pistolet w tym miejscu, gdzie spałem. Miałem przy sobie różaniec i tę książeczkę do nabożeństwa, oczywiście z ministranturą po łacinie. Oficer kazał mi to zostawić. Gdy miałem odchodzić, rzekłem do oficera, wskazując na położone przedmioty: „Towaryszcz lejtnant, eto że nie arużje”. Popatrzył na mnie, odwrócił się i rzekł do szeregowca: „Addajcie jemu”. Zabrałem, powiedziałem oficerowi: „Spasibo” i wyszedłem za bramę. Tam uszeregowano nas czwórkami... Po przejściu kilku metrów ktoś mnie zawołał: „Heniek!”Nie mogłem się nadziwić, bo tam, w tłumie żegnających nas, była moja MAMA. Miała przy sobie torbę z chlebem i słoniną. Nie mogła podejść, bo byli obok żołnierze, więc krzyknąłem: „MAMO, rzucaj w moją stronę. Wtedy MAMA rzuciła, ja podniosłem. Żołnierze nie zwracali na ten czyn żadnej uwagi.
Z Miednik Królewskich szliśmy do stacji Kiena (między Wilnem a Smorgoniami). Załadowano nas do wagonów towarowych. W wagonach 50-tonowych było 50 osób, a w 90-tonowych było 90 osób... Nie było żadnych prycz ani jakichkolwiek ławek do siedzenia lub nawet siana do leżenia. Okna małe i zakratowane. Z Kieny jechaliśmy na Mołodeczno, Mińsk, dalej Smoleńsk i Moskwa.
Przy wyprowadzaniu z zamku w Miednikach zabierano nam scyzoryki, noże, wszystkie ostre narzędzia. Ale dzięki sprytowi niektórych kolegów zachowano kilka noży. Były one niezbędne do wycięcia otworów w podłodze wagonu. Otwory te służyły jako ubikacje.


Podobną drogę, być może tym samym transportem, pokonał urodzony 20 maja 1925 r. w Wilnie pionier Gorzowa Janusz Hrybacz, który tak opisuje ten moment: "W sobotę 29 lipca nastąpił wymarsz do stacji Kiena. Przemarsz odbywał się w zwartym szyku, pod silnym konwojem straży granicznej. Oficerów i podoficerów odseparowano od nas i odrębnym transportem odesłano – jak później dowiedzieliśmy się – do Riazania. Nasz przemarsz przez osiedla i wioski wywoływał wszędzie ogromne poruszenie. Nigdy nie zapomnę widoku bezradnych konwojentów, bezskutecznie spychających bagnetami w pochwach, nasadzonych na „dziesiątki”, tłumu napierających kobiet, żegnających nas ze łzami. Być może były wśród nich matki, siostry naszych chłopców. Te biedne, zapłakane kobiety wynosiły z domów to, co miały: chleb, mleko, jabłka, ale co najważniejsze – swoje serca. Były to przejmujące sceny, świadczące w ciężkiej chwili historii o naszej jedności narodowej. Nawet wrogo do nas nastawieni konwojenci doznawali wstrząsu i okazywali się bezradni wobec takiej postawy bezbronnego przecież tłumu. Na małej stacyjce Kiena załadowano nas do wagonów towarowych: po 90 osób do wagonów 4-osiowych, po 45 osób do 2-osiowych. Ciasnota była ogromna. Wagony, zadrutowane od zewnątrz i strzeżone przez uzbrojonych konwojentów sowieckiej straży granicznej, nie miały żadnego wyposażenia."

Podczas naszej jazdy, która trwała około tygodnia, dawano nam solone śledzie, a do picia nic. Stąd panowała biegunka. W owym czasie wszyscy myśleliśmy, że wiozą nas za Ural, na Syberię. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyż w 1940 roku widziałem wywożonych z naszej osady Marymonty legionistów osiadłych po 1920. Był siarczysty mróz. Dochodził do 40 stopni poniżej zera. Luty. Kobiety, wyglądając przez zakratowane okna, krzyczały: „My tu wrócimy”. Zmarznięte dzieci, niemowlaki wyrzucano z napisaną prośbą o pochowanie. Zgroza. Ja przechodząc przez tory kolejowe w Sołach, widziałem te transporty...

No cóż. Jechaliśmy. W wagonie było bardzo duszno, a szczególnie odczuwaliśmy brak wody... Trasa przebiegała przez moje rodzinne tereny. Stacja Soły, gdzie chodziłem do piątej i szóstej klasy. A następnie miejscowości: Gaucie, skąd było do mego domu niecałe trzy kilometry. Z okna wagonu - koledzy dopuścili nas do oglądania rodzinnych stron – widać było nasz kościół (...). A później to już Smorgonie, Mołodeczno i dalej Związek Radziecki. Po przekroczeniu byłej granicy wschodniej, prawdopodobnie byliśmy już w Mińsku. Na dworcu kolejowym młodzież, widząc wagony towarowe otoczone żołnierzami, krzyczała: „Faszyści, faszyści”. Koledzy, wyglądając przez zakratowane okna, odpowiadali: „My nie faszyści, my Polacy”. Okrzyki przestały. Wedy na naszą prośbę podawano nam wodę. Tak było na każdej stacji Republiki Białorusi. Na mniejszych stacjach na tym terenie, chcąc dostać wiaderko lub butelkę wody, koledzy oddawali buty i inne swoje własności... Tylko jeden raz zatrzymano nasz transport, niedaleko jakiejś rzeki, przed mostem kolejowym i wypuszczono nas z wagonów dla załatwienia fizjologicznych potrzeb. Po tym oddechu na wolnym powietrzu, jechaliśmy już aż do mety – Kaługa.

Z końcem lipca 1944 r. transporty złożone z żołnierzy różnych kompanii i samodzielnych batalionów Armii Krajowej dotarły z Miednik Królewskich do Kaługi na południowy zachód od Moskwy, nad rzekę Okę. Wśród setek internowanych w jednym z pierwszych transportów był Henryk Szulżycki.

Cdn.

Tekst i foto Hanna Kaup


22 grudnia 2018 18:11, admin ego
« powrót
Dodaj komentarz:

Twoje imię:
 
Robert nie umiera, ale...
Publikujemy apel o pomoc w leczeniu Roberta Pawlaczyka. Kochani znajomi i nie znajomi!!! Wiem, jest bardzo dużo osób, które potrzebują pomocy... Kiedy ... <czytaj dalej>
ZCG MG-6 planuje
Punkty Selektywnego Zbierania Odpadów Komunalnych

Dwa Punkty Selektywnego Zbierania Odpadów Komunalnych, osiem gniazd pojemników półpodziemnych i gniazdo pojemników podziemnych w Gorzowie oraz po jednym PSZOK-u ... <czytaj dalej>
Kto przebuduje schody?
Przebudowa schodów łączących ul. Wróblewskiego z ul. Na Skarpie wraz z zagospodarowaniem terenu – to kolejne zadanie, które będzie realizowane ... <czytaj dalej>
Co ze stadionem przy Krasińskiego?
Modernizacja stadionu lekkoatletycznego przy ul. Krasińskiego z pozytywną oceną ministerstwa. Gorzów jest na ostatniej prostej do pozyskania dofinansowania na modernizację stadionu ... <czytaj dalej>
Przeglądaj cały katalog lub dodaj swoją firmę
Akademia Nurkowania Go-Dive

Al. 11 Listopada 56 a, Gorzów Wlkp.
tel. 95 724 02 40
branża: Sport, rekreacja - nauka, ośrodki, kluby <czytaj dalej>
"Swegon" Sp. z o.o.

ul. Kosynierów Gdyńskich 50, Gorzów Wlkp.
tel. 95 735 07 01
branża: Klimatyzacja <czytaj dalej>

Motocyklowe historie Jędrzeja Łagody
Klub „Na Zapiecku w Inneko” przy ul. Teatralnej zaprasza na ... <czytaj dalej>
Siedem premier
Kino Helios proponuje w nowym filmowym tygodniu aż siedem premier. ... <czytaj dalej>
Mamy Niepodległą, więc wyślij kartkę
Latem wysyłaliśmy kartki w akcji #StądJestem, a teraz możemy pozdrowić ... <czytaj dalej>
"Nietykalni" są wśród nas
Kiedy poznałam historię Michała Worocha, który – poruszając się na ... <czytaj dalej>
Kalendarium eventów
« listopad 2019 »
P W Ś C P S N
    
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
11
12
13
14
15
16
17
18
19
20
21
22
23
24
25
26
27
28
29
30
 
dodaj: imprezy@egorzowska.pl
Mała wielka sprawa
eGorzowska - adminfoto_hanna.jpg
Hanna Kaup:
Gorzów ma ludzi, których warto naśladować
Skończyły się wakacje, skończyło lato i tylko jeszcze wyjazdy do lasu dają namiastkę radości, bo w tym roku lasy pełne grzybów. Jeśli przyjrzeć się forom internetowym, to aż dziw bierze, ... <czytaj dalej>
Przedszkolaki nauczą mycia rąk
Przedszkolaki mogą wziąć udział w konkursie plastycznym z okazji Światowego <czytaj dalej>
Podróże moich marzeń - konkurs
„Sztuka Osób Niepełnosprawnych” to jeden z największych w Polsce przeglądów <czytaj dalej>

aktualnie nie ma żadnej czynnej sondy
Robisz zdjęcia? Przyślij je do nas foto@egorzowska.pl
eGorzowska - image075.jpg
Hanna Kaup:
Pomaganie ma sens
Z Fundacją Arka Bydgoszcz jestem związana od 15 lat. W ... <czytaj dalej>
Hanna Kaup:
Radosny sezon grzybowy
Choć wielu prorokowało, że z powodu suchego lata w lasach ... <czytaj dalej>
admin ego radzi:
Opieka nad osobą po udarze mózgu to także troska o siebie
Kiedy bliską osobę dotknie choroba neurologiczna, szereg obowiązków i trudności ... <czytaj dalej>
admin ego radzi:
Tajemnice lotów transferowych
Linie lotnicze zazwyczaj nie oferują bezpośrednich lotów do odległych zakątków ... <czytaj dalej>
Blogujesz? Rób to lokalnie!
Wystarczy jedno kliknięcie w egoBlog
Masz problem?
Napisz do eksperta egoEkspert
Żadna sprawa nie zostanie bez odzewu. Daj znać na eGo Forum
ryś:
A czy prawdą jest, że Inneko RCS wywozi odpady komunalne bez odpowiedniego zezwolenia?
W Rejestrze Działalności Regulowanej
ZCG MG6 ta <czytaj dalej>
krzyś:
ciekawe jak w takim towarzystwie odnalazłby się prezes Inneko RCS?

wychowanek prezesa Artura Cz.


<czytaj dalej>
Anonim_7993:
trudnosci ze znalezieniem pracownikow wykwalifikowanych wynikaja z braku szkolen przez przedsiebiorcow i przyjmowania na staze. zamiast tego szuka sie <czytaj dalej>
Anonim_7993:
o trudnosci znalezienia pracownika za minimum krajowe po wyzszych studiach do ksiegowosci??? <czytaj dalej>
Anonim_7897:
podsumowując w życiu cały czas kiwa każdy każdego (nauczyciel ucznia, dyrektor pracownika itd.) i wygrywa tylko ten, kto pierwszy kogo wykiwa ca <czytaj dalej>
 
eGorzowska.pl - e-gazeta Gorzowskiej Agencji Dziennikarskiej